tom 2 rozdział 15
Rozdział XV:
Tempus fugit, aeternitas manet (Czas ucieka, wieczność trwa).
Po mieście roznosi się informacja jak
Wokulski postąpił z Maruszewiczem. Komentarz jest jeden, było to szlachetne ze strony Stanisława, ale na pewno nie postąpił po męsku. Niektórzy dochodzą do wniosku, że traci on energię.
Jak mówi narrator, tak naprawdę
Wokulski nie stracił energii tylko się zmienił. Przestał się interesować sklepem, bo tytuł kupca galanteryjnego nie podobał się Beli. A ponieważ spółka do spraw handlu przynosiła mu duże zyski, co podobało się oczywiście pannie Łęckiej, ku niej zwrócił swoje zapatrywania.
Sprawiał takie wrażenie, jakby od czasu zaręczyn nie umiał komukolwiek sprawić przykrości i sam nie umiały się przed nimi obronić, no chyba, że dotykały by one Izabeli. Z drugiej zaś strony
Wokulski czuł nieodparta chęć pomagania innym, co tez czynił.
Do tego opanowany był manią Izabeli. Pisał jej imię, planował kupić dworek i nazwać go Izabelinem, a Węgielkowi za to, że dał córce tak na imię na chrzcie, podarował 500 rubli na jej posag.
Czasami tylko w jego wspomnieniach pojawiała się
pani Stawska. Wiedział, że kobieta go kochała. I wtedy pojawiały się wyrzuty sumienia, chciałby by Helena o nim zapomniała i była szczęśliwa. Postanowił jednak zabezpieczyć jej przyszłość i wyjaśnić sprawę pana Stawskiego, by przestała ona żyć w niepewności.
Trwający w zachwycie nad panna Łęcką
Wokulski otrzymuje pewnego dnia telegram z informacją o śmierci prezesowej. Było mu smutno z tego powodu, robił sobie wyrzuty, że nie odwiedził jej mimo, iż wiedział o chorobie kobiety. Na pogrzeb jednak nie pojechał. Nie potrafił rozstać się na te kilka dni z Izabelą. W tym momencie chyba zrozumiał, że przestaje być panem samego siebie.
W maju
Wokulski został wezwany do Łęckiego, który poinformował go o potrzebie wyjazdu do Krakowa.
Izabela jest tam wzywana przez swoją chora ciotkę Hortensję. Tomasz podejrzewa, że jego córka może otrzymać spadek. Proponuje Stanisławowi wyjazd z nimi, na co on przystaje. Mają ruszyc nazajutrz.
Bela mówi Wokulskiemu o Starskim, iż otrzymał mniejszy spadek po prezesowej niż planował. Bela namawia go by ożenił się bogato i rozwiązał problem, on jednak chce jechać za granicę. Pyta czy może on jechać z nimi do towarzystwa.
Wokulski wyraża zgodę. Załatwia też dla ich czwórki cały wagon sypialny do Krakowa.
Następnego dnia Bela, Stach i pan Łęcki udają się o 10 na dworzec, gdzie jeszcze nie ma Starskiego. Pojawia się dopiero w ostatniej chwili. Spóźnienie tłumaczy grą u Krzeszowskich, na której stracił pieniądze.
Bela ze Starskim rozpoczynają rozmowę po części po polsku, po części po angielsku. Nie chcąc przeszkadzać
Wokulski przesiada się bliżej ojca ukochanej. Do Pruszkowa słuchał jego opowieści, potem jednak skoncentrował się na rozmowie toczącej się obok.
Stanisław nawet miał ochotę ich ostrzec, że rozumie o czym mówią, ale spojrzał w okno i ujrzał ich odbicie. Oboje byli zaróżowieni na twarzach, podekscytowani, choć sam ton rozmowy sugerował, że rozmowa jest o niczym. Wtedy w głowie Stacha zadzwonił dzwonek: FAŁSZ. Przed jego oczami ukazało się bowiem jasno, że Bela go oszukuje.
W pewnej chwili para zaczyna rozmowę o Wokulskim i tym sposobem mężczyzna dowiaduje się, co tak naprawdę sądzi o nim ukochana.
Z dalszej rozmowy wychodzi, iż podczas pieszczot ze Starskim Bela zgubiła medalion podarowany jej przez Wokulskiego. Boi się ona momentu gdy to się wykryje. Dalej flirtuje ze Starskim, planując nawet zdrady po ślubie.
W pewnej chwili załamany
Wokulski przestaje słuchać rozmowy. Nagle wszystko stało się dla niego jasne. Ostatkiem sił zachowuje spokój.
Na stacji w Skierniewicach
Wokulski wypada z wagonu na peron i w bufecie zamawia wódkę. Udaje się za nim Starski zniesmaczony jego zachowaniem w obecności damy.
Wokulski prosi na peronie konduktora aby ten udawał, że jest do niego telegram.
Stanisław informuje towarzyszy, że jest wzywany do Warszawy, bo trafił mu się ogromny zysk. Pan Tomasz słysząc to każe mu wracać. Bela radzi by nie czekał w Skierniewicach, tylko jechał dalej z nimi naprzeciw pociągowi do Warszawy.
Wokulski woli jednak zostać i tu poczekać.
W tym momencie zaintrygował on Izabele, która zaczęła go oceniać lepiej niż Starskiego.
Wokulski bierze go na słowo i mówi, że wcale nie jest tak demoniczny i wspaniały jak mu się wydaje. Mężczyzna zaczyna myśleć, że ma przed sobą wariata, nie rozumie bowiem słów Stacha.
Chwile jeszcze
Wokulski daje mu swoje rady. Po czym gdy pociąg odjeżdża, zwraca się po angielsku do Izabeli. Stojąc na peronie rozmyślał o tym co właśnie się wydarzyło.
Wokulski dowiaduje się, że pociąg do Warszawy będzie miał za 5 godzin. Kolejny z Warszawy przyjeżdża zaś za 45 minuty. Załamany, działając jak w amoku zaczyna iść wzdłuż torów, potykając się. Cała drogę ma majaki, meczą go wizje i wspomnienia. Zmierza w kierunku Warszawy potykając się co chwila. Za nim niezauważony idzie jakiś człowiek.
Nagle w oddali widzi światła pociągu. Wydaje mu się, że to ten, którym podróżuje panna Łęcka.
Wokulski męczony przywidzeniami zaczyna myśleć o samobójstwie. Upada na szyny i nie wie co się z nim dzieje. Jedyna sensowna myśl w jego głowie to błaganie: "Boże bądź miłościwy”. Czuje na szynach zbliżającą się lokomotywę.
W ostatniej chwili ktoś ściąga go z torów. Życie uratował mu dróżnik Wysoki, ten sam, któremu pomógł się przenieść
Wokulski do Skierniewic.
Wokulski czuje się jednak nieszczęśliwy, wolał zginać. Łka rozpaczliwie powtarzając co chwila: "Boże miłosierny... Boże miłosierny!...". Wysoki każe mu płakać mówiąc, że skoro wzywa Boga, będzie wysłuchany. Przypomina w tym miejscu psalm: „Kto się w opiekę odda Panu swemu”.
Wokulski płacząc z czasem zaczynał się uspokajać. Powoli powraca mu jasność myślenia. Wie, że w chwili gdy wszystko go zdradziło pozostała mu jeszcze wierna ziemia, prosty człowiek i Bóg. W końcu zasypia.
Budzi się po pół godzinie, widząc obok dróżnika. Daje pieniądze Wysokiemu, prosząc by nie mówił o tym czego był świadkiem. Swoje zachowanie tłumaczy zaś upojeniem alkoholowym. Potwierdza też przypuszczenia dróżnika, że wszystko stracił, ale nie był to majątek.
Prosi by Wysoki będąc w Warszawie go odwiedził. Następnym razem widząc samobójcę, ma go nie ratować tylko pozwolić zginąć. Bo on wolał by teraz już nie żyć. Bez względu na to co go potem spotka na Boskim sądzie.
Szukaj innych prac na sciagawa.com.pl (wyszukiwanie wewnątrz strony):